Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 252 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Stare wiedźmy muszą odejść ...

Wojna religijna, czyli koperkiem w szczury

niedziela, 03 lutego 2013 12:32

Czytam sobie w Internecie, że bliski współpracownik papieża, przewodniczący watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary, niemiecki arcybiskup Gerhard Ludwig Mueller skrytykował prowadzoną w USA i Europie „skoordynowaną kampanię dyskredytacji Kościoła katolickiego”, która polega na otwartych atakach na księży, a przeciwko Kościołowi szermuje się takimi argumentami, jakimi posługiwały się reżimy totalitarne, takie jak nazizm i komunizm. I porównał tę postawę wobec Kościoła z pogromami Żydów w Europie. A rzecz w tym, jak czytamy w komentarzu, że „w ostatnich latach Kościół katolicki stanął w obliczu wzmożonego krytycyzmu w Ameryce Północnej i Europie w związku z jego sprzeciwem wobec antykoncepcji, wyświęcania kobiet i związków osób jednej płci, jak również z powodu nadużyć seksualnych w samym Kościele."

 

O, myślę sobie, ty szkopie bezczelny, chcesz mnie za to, że popieram antykoncepcję i nie popieram pedofilii nie tylko w ogóle, ale również w Kościele, stawiać w jednym rzędzie z Hitlerem, Stalinem i ze zwyrodnialcami dokonującymi pogromów Żydów? Tego rodzaju najcięższe oskarżenia za cokolwiek, co mówi się przeciw Kościołowi, są równie skuteczne jak terror hitlerowski za okupacji, kiedy śmierć groziła właśnie za cokolwiek, a nawet za nic, więc ktoś, kto podejmował walkę z okupantem, nie miał właściwie nic do stracenia. I postanowiłem w swoich potyczkach z Kościołem na blogu nie liczyć się już dłużej ze słowami. A że akurat Magdalenie przyśnił się sen kwalifikujący się do konkursu na najbardziej antyklerykalny sen świata, więc okazja od razu się trafiła. Oto ten sen:

    

„Spieszę się na wykład, który ma się odbyć w samotnej chacie na skraju lasu. Prowadzi mnie tam jakiś mężczyzna, ja idę za nim. Droga którą idziemy skręca w pewnym momencie do wąwozu. Mężczyzna chce mnie prowadzić przez wąwóz i wbiega tam pierwszy. Ale tam jest pełno szczurów! Pobiegł wąwozem i woła mnie, ale ja się zatrzymuję. Brzydzę się, bo szczury na moich oczach rosną i rosną, są wstrętne i tłuste, wielkie na pół metra, świecą pomarańczowo. I wszystkie biegną za facetem w stronę chaty, w stronę jej fundamentów wkopanych w wąwóz i częściowo odsłoniętych.

 

Wracam na zwykłą drogę i wchodzę do chaty normalnym wejściem od frontu.

 

Wykład właśnie się zaczął. Wykładowca narysował na tablicy dwa koła – większe u dołu, a nad nim mniejsze. Wskazuje na większe koło u dołu i pyta mnie, czy zgadzam się na biologię. Absurdalność pytania mnie zaskakuje, nie wiem o co mu chodzi, ale on domaga się odpowiedzi.

 

No więc zgadzam się. Pewnie, co mam się nie zgadzać na biologię. Biologia jest.

 

Wykładowca zaczyna teraz omawiać drugie koło i wyjaśnia, że drugie koło oznacza teologię. Jest tam dużo nie znanych mi znaków i symboli, znowu nie wiem o co chodzi. Ale on najwyraźniej wie. Myślę sobie – no tak, ta biologia na dole, to było łatwe, ale o czym jest to drugie koło? Nie rozumiem!

 

Nagle coś wyrzuca mnie z chaty i rzuca w fotel na widowni w pierwszym rzędzie małej opery. Nade mną jest balkon, a raczej mała, pusta loża teatralna. Stoi tam tenor i śpiewa arię. A potem rzuca w dół, w kierunku widowni, wielki jak pół snopka zboża, pęk świeżego, pachnącego kopru. Łapię koper i cieszę się, że zabiorę go do domu.”

 

Kluczem do interpretacji snu jest, oczywiście, ten dziwny wykład. Wykładowcą jest zapewne jakiś członek Opus Dei, a sprawa biologii wynika z niemożności jej zaakceptowania przez Kościół. I nie chodzi tu nawet o konflikt między kreacjonizmem a ewolucjonizmem, ale o głęboką niestosowność biologicznego podejścia do zastrzeżonych dla teologii spraw płci i prokreacji, czego wyrazem jest na przykład o to, że w katolickich podręcznikach z przygotowania do życia w rodzinie pomija się biologię i nazywanie rzeczy po imieniu, a żeński narząd rozrodczy określa się poetyckim mianem „źródełka zapieczętowanego”. Istotnie, prawdziwy katolik nie może się zgodzić na biologię. Ale o to, czy zgadzamy się na teologię, nikt nas już nie pyta w naszym nieszczęsnym kraju, w którym nauczania Kościoła się nie dyskutuje, tylko się je wdraża, jak to celnie ujął profesor Obirek .

 

Jak jednak dopuściliśmy do tego, że w naszym życiu społecznym tak bardzo się rozszalał  wspomniany absurd i że byle biskup uzurpuje sobie prawo do pouczania całej reszty tonem nie znoszącym sprzeciwu, na co wskazał trafnie profesor Bartoś?  

 

Wyjaśnia to pierwsza część snu. Droga przez wąwóz oznacza dzieje Polski, a szczury to duchowieństwo katolickie. Ze stulecia na stulecie te szczury ogromnieją i mają coraz grubsze i wstrętniejsze dupska. Wdzierają się do naszego wspólnego polskiego domu od tyłu, ukradkiem i podstępnie. Ale jak wejdzie się do tego domu od frontu, to wyglądają jak wykładowcy, tak na oko całkiem normalnie, tyle tylko, że treść ich wykładu jest absurdalna. Mężczyzna idący w otoczeniu szczurów to symbol patriarchatu, którego ostoją jest Kościół. Nic dziwnego, że mu te szczury nie przeszkadzają, ale trzeba też zrozumieć Magdalenę, którą jako kobietę całe to towarzystwo brzydzi.

 

Trzecia część snu pokazuje rozwiązanie: dla naszego rozwoju duchowego lepsze jest obcowanie ze sztuką niż indoktrynacja religijna. Sztuka to jakby świeży, zielony, pachnący koperek – biologia w całej swojej krasie, triumfująca nad teologicznym absurdem. I pewnie też zarazem tajemny środek przeciw szczurom – na wzór czosnku skutecznego, jak wiadomo, przeciw wampirom.

    


Podziel się
oceń
2
2

komentarze (0) | dodaj komentarz

Apokaliptyczny znak na niebie, jaki zobaczył Iks jako dodatek do swojej wizji Chrystusa

niedziela, 28 października 2012 10:56

W dalszej części korespondencji, którą dostałem od Iksa i której fragment interpretowałem we wczorajszym wpisie, czytamy:


„Co zadziwiające, kiedy po tej wizji wstałem z łóżka i spojrzałem za okno, moim oczom ukazał się dziwny układ gwiazd/planet na niebie – wciąż nie wiem, czy było to prawdziwe zjawisko astronomiczne, czy też jakiś element wizji (zapewniam, że jestem człowiekiem o zdrowych zmysłach i nigdy nie miałem „halucynacji” na jawie, zaś w mojej rodzinie nie było przypadków obłędu i choroby psychicznej) – Nad księżycem (prawdopodobnie nie był w pełni, ale sprawiał takie wrażenie) znajdowała się bardzo mocno świecąca gwiazda, zaś z jej lewej oraz prawej strony – widziałem po jednej gwieździe o nieco mniejszym blasku. Wszystkie trzy znajdowały się w niemal jednej, idealnie prostej linii. Miało to miejsce około północy z 5 na 6 października 2012 roku, Muszę przyznać, że poczułem dość apokaliptyczny nastrój.”


Powiedzmy, że była to dokładnie północ. Co zobaczył na niebie Iks? Nad Księżycem (16°48’11” Bliźniąt, -1°46’38” szer. ekl.) świecił Jowisz (16°22’42” Bliźniąt, -0°49’27” szer.ekl.). Po prawej stronie – alfa Byka, Aldebaran (9°58'29" Bliźniąt, szer.ekl. -5°28'25"), gwiazda pierwszej wielkości (0.87), jedna z czterech gwiazd królewskich. Po lewej stronie – beta Byka, Elnath (22°45'39" Bliźniąt, szer. ekl. +5°22'43"), gwiazda drugiej wielkości (1.68). Warto zaznaczyć, że bardzo blisko tego miejsca, w którym jest Jowisz i Księżyc, miało miejsce 6 czerwca 2012 roku szeroko komentowane przejście Wenus przez tarczę Słoneczną (15°44'48" Bliźniąt). Cały ten układ przedstawia poniższy rysunek, na którym wszystkie cztery obiekty są pokazane na tle tradycyjnego wizerunku gwiazdozbioru Byka.


Ten znak na niebie – w dniu, w którym Saturn wszedł w znak Skorpiona – wyobrażał cztery portale, za pomocą których pewna potężna istota duchowa organizuje sobie obecnie (czyli w czasach apokaliptycznych) system komunikacji z Ziemią. Nawiasem mówiąc, Magdalena na portrecie Janusza Palikota przedstawiła te cztery portale jako cztery zebry w ciemnym lesie.


Czyżby był to znak, że system jest już gotowy? Warto dodać, że nasza wizjonerka, Karolina Porządny, w takim mniej więcej układzie widzi te cztery portale – trzy w jednej linii, a czwarty (w tym wypadku Księżyc) jak gdyby na wierzchołku trójkąta, którego podstawą jest wspomniana linia wyznaczona przez trzy pozostałe portale.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Kosmiczne Jajo, czyli Chrystus jest Kobietą

sobota, 27 października 2012 11:30

Dostałem wczoraj arcyciekawy materiał na temat tego, jak współcześnie doświadczają Chrystusa ludzie nastawieni na indywidualny rozwój duchowy. Nie będę ujawniał, od kogo on pochodzi, bo takie było życzenie mojego korespondenta – nazwijmy go Iksem. Wiadomo mi skądinąd, że w naszych czasach coraz częstsze są wizje Chrystusa w postaci centaura. Ale bywa, że objawia się On także w innych, również wyłamujących się z oficjalnej tradycji postaciach.

 

Ogólnie biorąc Chrystus nie jest dla Iksa Bogiem takim, jakiego znamy z ortodoksyjnej wykładni kościelnej – jest to umiłowana przez niego świetlna istota słoneczna, złota, kobieca i niezwykle seksualna jako libidalna energia związana z życiem, tworzeniem, ekstazą, która na pewnym poziomie tożsama jest z Wiecznym Logosem, czy też z Nous – Praumysłem.

 

Śniła mu się ona w różny sposób, na przykład jako kozioł, którego rogi były niczym ciągnące się w nieskończoność fraktaliczne tunele, zwijające się i błyszczące wieloma barwami. Potem okazało się, że miał on tułów zebry i skrzydła orła i że wzbijał się w górę w kierunku światłości. Towarzyszyło temu przekonanie, że głównym i właściwie jedynym warunkiem oświecenia jest miłość – że największym arcanum jest bezwarunkowa miłość.


W dalszym ciągu tej sennej wizji Śniący wlatywał w kulę wraz z innymi „eterycznymi ludźmi” i byli oni wszyscy niczym plemniki zmierzające w kierunku komórki jajowej, a tą kulą było Słońce.

 

Celowo pominąłem w swym opisie wiele innych wątków i szczegółów tej sennej wizji, żeby mój czytelnik się w nich nie zaplątał. Oczywiście łatwo rozpoznać w niej elementy charakterystyczne dla gnozy spod znaku Bafometa:


Ale symbol przedstawiający rozwój duchowy jako mnogość ludzi-plemników dążących do jaja-Słońca jest tak trafny, nośny i nowatorski, że na nim wypada przede wszystkim się skupić i upowszechniać go, na ile się da. Jest to bowiem symboliczny model urzeczywistniającego się Absolutu.

 

Zgodnie z naturalną symboliką jajo jest żeńskie a plemnik męski. Jajo przyjmuje w siebie, a plemnik wnika, penetruje. Ale porównując jedno z drugim, stwierdzamy, że jajo jest wielkie, plemniki zaś są malutkie – podobnie jak w atomie jądro i elektron. Skoro tym jajem jest Słońce, to Słońce jest żeńskie (i przykładowo w języku niemieckim słońce, die Sonne, jest rodzaju żeńskiego). Skoro Chrystus jest, symbolicznie biorąc, Słońcem, to Chrystus jest istotą żeńską. Powinien więc raczej w metaforyce religijnej występować jako Oblubienica, a nie jako Oblubieniec. I, odwrotnie niż w tradycji, Oblubienica jest jedna, niczym jedno jajo, a bytem zbiorowym jest Oblubieniec – mnogość plemników.

 

Zaślubiny Oblubienicy z Oblubieńcem to zapłodnienie jaja przez plemnik, w wyniku którego łączy się ich materiał genetyczny. Jeżeli jajo jest bóstwem a plemnik człowiekiem, to bez człowieka bóstwo pozostaje niezapłodnione. A co się staje z plemnikiem, który przenika do jaja i je zapładnia? Traci swój odrębny byt i rozpływa się w swej jedności z jajem, któremu jednak przekazuje swój unikalny kod genetyczny i w ten sposób zachowuje się w nim.

 

Do pełni szczęścia potrzebna jest tylko możliwość, żeby jedno Jajo-Słońce-Chrystus mogło być zapładniane przez wielu Ludzi-Plemników i było docelowo miliardami Słońc w jednym Słońcu jako spluralizowanym, policentrycznym Absolucie, w którym każdy człowiek osiągający oświecenie ma swoje miejsce i zarazem wzbogaca sobą całość. Ale właśnie w wizji sennej Iksa przenikał on do wnętrza słonecznego jaja wraz z innymi ludźmi. 


I taki własnie model Absolutu został objawiony Iksowi w jego sennej wizji – wraz z nieuchronną konsekwencją, że Chrystus jest Kobietą. Pytanie tylko, czy w tej sytuacji mamy nadal trzymać się imienia Chrystus, czy też nazwać naszą świetlistą kulę pełną miłości jakimś innym imieniem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Krystyna Janda czyli o tym, że każdy powinien być sobą

czwartek, 25 października 2012 15:03

Magdalena po raz trzeci z rzędu miała dziś znaczący sen:

„Jestem w ogromnej pracowni malarskiej należącej do wielkiego mistrza. Może to Rembrandt albo Da Vinci. Należę do grona jego uczniów. Na zlecenie mistrza przygotowujemy do wysyłki obrazy trzech znanych współczesnych malarzy. Jednym z nich jest Siudmak. Obrazy, a są to właściwie głównie rysunki, są wymieszane ze sobą i niepodpisane. Mistrz prosi, żeby je posegregować i odłożyć rysunki każdego malarza na osobną stertę. Problem w tym, że duża część obrazów jest w strzępach, jakby były pocięte na kawałki. Jak teraz poznać, do którego obrazu należy dany kawałek, jak złożyć je w całość? Tym bardziej, że pocięte fragmenty nie przedstawiają żadnych charakterystycznych części obiektów, lecz zawierają jedynie fragmenty tła, niejasne, abstrakcyjne plamy. Mistrz mówi, żebyśmy sami poskładali te łatwo rozpoznawalne fragmenty, a przy trudniejszych on nam pomoże.


Segregowanie idzie mi sprawnie, bez trudności rozpoznaję charakterystyczne plamy i kreski każdego z trzech malarzy, a Siudmak to w ogóle łatwizna. Jego kreski są niepowtarzalne. Idę do mistrza i pokazuję mu fragment tła wymieniając nazwisko malarza. Jestem dumna, że tak łatwo rozpoznaję, że się znam. Mistrz jest ze mnie zadowolony. Ja też jestem zadowolna. Jednak równocześnie myślę o własnym malarstwie. Obcowanie z mistrzami malarskimi uświadamia mi, że moje własne obrazy nie mają rozpoznawalnego stylu a moja tożsamość malarska jest kompletnie nieokreślona. I w ogóle – gdzie mi do nich. Dlatego nie rozmawiam z mistrzem na ten temat”.

 

Malarstwo jest tym śnie – poza malarstwem – także metaforą autokreacji duchowej, a w takim razie mistrz ma w nim znaczenie mistrza duchowego. Ma on całe grono uczniów, co zdaje się sugerować, że nie jest on po prostu wyższym Ja Magdaleny.

 

Zresztą symbolem wyższego Ja Magdaleny jest w jej snach, wedle najnowszych ustaleń, Krystyna Janda. W takim układzie znaczące jest to „Ja” w nazwisku Janda. Jak również skojarzenie oparte na gramatyce łacińskiej, w której „-nda” jest charakterystycznym składnikiem gerundivum, czyli imiesłowu strony biernej czasu przyszłego, który wyraża powinność, np. od amare = kochać imiesłów „amanda” oznacza coś rodzaju żeńskiego, co powinno być kochane. Od zaimka rzecz jasna nie tworzy się imiesłowu, ale gdyby pójść za taką fikcyjną i w dodatku odniesioną do polskiego zaimka „Ja” gramatyką łacińską, jaką zasugerowałem, „Janda” oznaczałaby „Ja, które powinno być urzeczywistnione”, a więc właśnie wyższe Ja, bo to niższe (niekoniecznie autentyczne) przecież już jest, więc należy je nie tyle urzeczywistnić, co raczej przekroczyć.

 

Idąc dalej tym tropem, można również złożenie „Krystyna Ja…” rozszyfrować jako „Krzyż = Ty na Ja”, czyli jako opis sytuacji, w której Ja zostało ukrzyżowane przez to, że zawładnęło nim, przesłoniło je jakieś inne, cudze Ja, jakieś Ty. „Krystyna Janda” ma więc znaczenie hasła: „nie daj nikomu narzucać sobie, kim masz być, bądź sobą”.

 

Malarstwo jako symbol autokreacji duchowej nawiązuje do idei, że żyjemy w ziemskich ciałach po te, żeby się zabarwiać różnymi barwami uczuć i myśli, bo być może jako czyste duchy jesteśmy zrazu tylko jakąś bladą, bezbarwną abstrakcją. I są dwie szkoły duchowe, z których jedna chciałaby wszystkich ukształtować i zabarwić w ten sam sposób, dając jakiś jeden jedyny wzór do naśladowania, np. Jezusa Chrystusa, i zapewniając, że tylko przez Niego prowadzi droga do zbawienia.


Ale mistrz, u którego terminuje Magdalena, reprezentuje zdecydowanie inną szkołę. I wcale nie jest tak, że wszyscy z jego pracowni malują tak samo, gdyż wówczas nie udałoby się podzielić ich obrazów na trzy kupki na podstawie indywidualnego, niepowtarzalnego stylu. Nauka u niego nie polega na tym, żeby zapomnieć o sobie i malować jak mistrz, ale przeciwnie, na tym, żeby nauczyć się być sobą, zgodnie z zasadą: „styl to człowiek”.    


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Czemu służy nauka chodzenia

środa, 24 października 2012 16:24

Niekiedy jest tak, że wyjaśniamy pewne elementy danego snu w kontekście innych snów – już znanych – snów tego samego śniącego lub innych osób. Ale bywa też, że wyjaśnienie czegoś, co się przyśniło, daje dopiero jakiś sen późniejszy. I właśnie dzisiejszy sen Magdaleny przyniósł wyjaśnienie wątku, który pominąłem w komentarzu do jej wczorajszego snu. Właściwie można się było tego spodziewać, bo przecież Karolowi się przyśniło, że Magdalena miała trzy sny, które miałem skomentować.

 

Oto więc fragment opisu wczorajszego snu Magdaleny, który skomentuję dopiero dzisiaj:

 

„Janda pokazuje mi japońską metodę nauki chodzenia dla osób chorujących na nogi. Jest to kilka wysokich drzew, a każde drzewo wyznacza osobną linię. Trzeba chodzić dokładnie po liniach w kierunku drzew i w ten sposób człowiek pozbywa się dolegliwości nóg.”

 

A teraz jej dzisiejszy sen:


„Wraz z grupą współpasażerów wysiadłam z samolotu i idziemy do miasta. Uliczka jest bardzo wąska. Trawniki wzdłuż chodnika są porośnięte gęstymi krzewami tworzącymi wysoką, zwartą ścianę. Nie wiemy jak i którędy iść. Cała grupa jest zdezorientowana, nie wiemy co robić. Schylamy się, rozgarniamy gałęzie i wśród gałęzi wypatrujemy furtki lub ścieżki, żeby przebić się dalej. Gdzie zaczyna się trawnik a gdzie kończy? Jak zobaczyć numer domu gdy gałęzie zasłaniają tabliczki z numerami?


Nie wiem jak inni, ale ja szukam pewnej kamienicy, która stoi przy ulicy – nie pamiętam – Filtrowej lub Radarowej. Udaje mi się znaleźć ścieżkę wśród krzewów. Pochylam się, rozgarniam gałęzie i przechodzę. Część osób idzie za mną, część się rozproszyła i szuka na własną rękę. Moja ścieżka prowadzi do furteczki, a potem już prosto na osiedle. Przechodzę przez wielkie podwórka. Przy drzwiach do klatek schodowych stoją jacyś mężczyźni i obserwują mnie w milczeniu.

 

Znalazłam dom, którego szukałam. Ale nie ma w nim pięter ani parteru. Jest tylko piwnica. Do tej piwnicy prowadzą mnie dwie dziewczyny. W piwnicy jest duże mieszkanie, do którego prowadzą dwa osobne wejścia. Dziewczyny oprowadzają mnie po mieszkaniu-piwnicy bardzo niezadowolone z tego lokum. Przykro im, że jest do dyspozycji tylko takie pomieszczenie.

 

Oglądam piwnicę i co widzę: czysto, szafki kuchenne i sprzęt zamontowane, kafelki na ścianie położone, glazura i wykładzina na podłodze jest. Jedyny mankament to dwa osobne wejścia wielkie jak drzwi do garażu, otwarte szeroko wprost na ulicę, ale to drobiazg. O co chodzi? Mówię gospodyniom, że to piękne mieszkanie, niejedno małżeństwo byłoby szczęśliwe mogąc tak mieszkać. Dlaczego więc narzekają i są niezadowolone??”

 

Cały ten sen jest metaforą życia na ziemi. Przybywamy tu jako czyste duchy całymi grupami samolotem z nieba, a następnie żyjemy w ciałach i szukamy na oślep naszego „miejsca na ziemi”, czyli mieszkania. Chodzi ogólnie biorąc o sens i cel życia – dla każdego inny. Ale wszystkie tabliczki informacyjne są niewidoczne, zasłonięte wysokimi gęstymi krzakami i gałęziami drzew. Taka roślinna gęstwina jest, jak wiadomo, symbolem nieświadomości – to w niej właśnie są pewne tajemne wdruki dotyczące naszego przeznaczenia, o którym świadomość nic właściwie nie wie.  

 

W tym kontekście te pojedyncze wyraźnie widoczne drzewa z poprzedniego snu, drzewa, do których prowadzą linie, wzdłuż których należy iść, to metafora znaków orientacyjnych, pozwalających nam wejść na właściwą ścieżkę – na ścieżkę naszego przeznaczenia. Nauka chodzenia jest więc nauką chodzenia we właściwą stronę, a choroby nóg są symbolicznym somatycznym przejawem błądzenia w życiu, zbaczania z właściwej drogi. Wynika więc z tego, że sposób inkarnowania się symbolizowany przez przeprawę na drugą stronę Wisły samochodem Krystyny Jandy charakteryzuje się tym, że po wcieleniu zachowujemy świadomość celu naszego życia i tego, jakie konkretnie znaki pozwolą nam pewnie do niego zmierzać. Standardowa inkarnacja pozbawiona jest takich ułatwień.

 

W dzisiejszych śnie Magdalena przerabia jednak standard. Pokazane jest w nim, że i tak nie jest najgorzej, bo wcielone duchy kierowane są na dość wąską drogę, a mieszkania, do których mają trafić, są przy tej drodze, lub jakiejś innej, która od niej odchodzi, tylko nie widać tabliczek informacyjnych. Wzdłuż drogi stoją tu i ówdzie jakieś tajemnicze postacie. Stoją i patrzą. W zasadzie się nie wtrącają. Chyba że zajdzie stan wyższej konieczności. Są to zapewne anielscy tajniacy.  

 

Znacząca jest informacja zawarta w nazwie ulicy, przy której stoi dom szukany przez Magdalenę. Radarowa lub Filtrowa. Radar jest metaforą wrażliwości na subtelne impulsy. Działa on na zasadzie takiej jak nietoperz, który orientuje się w przestrzeni na podstawie odbioru odbić fal, które emituje. Uzdolnienia Klary Wojant zostały kiedyś określone przez świat duchowy za pomocą takiego właśnie symbolu. Z kolei filtr to urządzenie zatrzymujące zanieczyszczenia, a w szczególności tzw. szum informacyjny. Można powiedzieć, że informacje zawarte w snach mogą być wyławiane dzięki przepuszczeniu tych snów przez jakiś filtr, który oczyści je z nieistotnego szumu. Inaczej mówiąc, w poszukiwaniu celu życia mamy dwa narzędzia, które można określić symbolicznie jako radar lub filtr.


Dla Magdaleny zalecany jest zwłaszcza filtr. Mieszkanie w piwnicy oznacza, że ma w swoim życiu pracować z własną podświadomością, a treści z niej pochodzące wymagają rzecz jasna przefiltrowania.

 

Ale to tylko część prawdy. Bo cały dom – w wersji archetypowej – jest trójpoziomowy, poza częścią główną ma jeszcze piwnicę i poddasze. Skoro więc jej mieszkanie w całości znajduje się w piwnicy, to pozostałe dwa poziomy są zapewne gdzie indziej, lecz wszysto razem nie stanowi jeszcze jednej spójnej całości. W rezultacie tożsamość Magdaleny występuje w tym śnie jako rozdzielona pomiędzy trzy osoby: poza nią samą są to jeszcze te dwie dziewczyny, które oprowadzają ją po mieszkaniu w piwnicy. Wszystko to jest dość czytelne, ponieważ kilka dni temu E.W. miała sen, w którym mieszkała kolejno w trzech różnych domach, a każdy z nich był na innym poziomie. Te trzy domy, lub trzy kondygnacje jednego domu, to, oczywiście, podświadomość, świadomość i nadświadomość. Zasada jest prosta i jednoznaczna: żeby wstąpić, trzeba zstąpić. Magdalena już zstąpiła. Dwoje drzwi w tym piwnicznym mieszkaniu to drzwi prowadzące 1) na poziom świadomości (przez nie Magdalena zstąpiła) i 2) na poziom nadświadomości (przez nie Magdalena wstąpi). Dobrze że są to drzwi szerokie, a nie żadne ucho igielne.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

piątek, 26 maja 2017

Licznik odwiedzin:  181 293  

O moim bloogu

Pozdrawiam 

Tarot Apokalipsy

Statystyki

Odwiedziny: 181293

O mnie

Mówią o mnie, że jestem mistrzem.
A ja nie zaprzeczam.

Czy rzeczywiście Światosław to umysłowość tak wzniosla? Skądże, on tylko biegle żongluje starym Heglem, bo żyje z tego rzemiosła.
Tarot Apokalipsy

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to